wtorek, 23 września 2014

Fajne cytaty - Frederick Forsyth

  • „Politycy żyją w nierealnym świecie, wykreowanym w ich umysłach, a przedstawianym jako rzeczywistość przez propagandzistów będących na ich usługach” 

Ten thriller ma trzydzieści lat. Czy traci na aktualności?

Uff! Przebrnąłem! Ach, co to była za przejażdżka, „Czwarty protokół” za mną. Frederick Forsyth jak zwykle dokłada do pieca i nie waha się opowiadać o ciemnych stronach polityki. Oczywiście, jak to on, robi to po mistrzowsku. Obrazuje wszystko tak dokładnie i tak dobitnie, że po takiej lekturze odczuwam potrzebę absolutnego relaksu, najlepiej w dobrym towarzystwie, przy dobrym piwku, kawie lub herbacie, w mocno odprężającym i odświeżającym umysł miejscu. Ogólnie rzecz ujmując, czuję się, jakbym przeczytał naprawdę dobry thriller polityczny;-)

 



…Czwarty protokół to opowieść ciężka i zawiła jak sama polityka, no, ale jak by nie patrzeć, to thriller polityczny autorstwa Fredericka Forsytha. To nazwisko mówi samo za siebie. Czyta się go ciężko, ale za wszelkie skarby chcesz się dowiedzieć, co będzie w kolejnych rozdziałach. Nie ma zmiłuj, Forsyth potrafi dorzucić do pieca, potrafi zostawić człowieka z pytaniem, czy to się przypadkiem nie wydarzyło naprawdę? A w „Czwartym protokole” wydarzyło się naprawdę, ale to naprawdę wiele….



Taka mała zagadka, wiesz czym się różnią te dwie książki?









Spokojnie, nie musisz się głowić, powiem Ci. Oprócz tego, że „Mc Mafia” jest reporterskim dokumentem opisującym prawdziwe zdarzenia, a „Czwarty Protokół” (chyba) literacką fikcją, , to chyba nie różnią się niczym. Tak samo ciężkie, tak samo szokujące, tak samo niewiarygodne.No i co najważniejsze, tak samo dobrze napisane.








Forsyth, zarówno w „Czwartym protokole”, jak i w innych swoich powieściach tak dobitnie opisuje ciemne zakamarki polityczno – gospodarczego świata, jego mafijne struktury, że nie wiadomo, gdzie przebiega granica między literacką fantazją a tym, co wydarzyło się naprawdę. Sprawdź to, bo naprawdę warto. Na pewną kwestię musisz jednak uważać, po takich historiach na pewne rzeczy już nie będziesz patrzył tak, jak dotychczas. Sam się o tym przekonałem. Książki Forsytha po prostu zmieniają światopogląd, zmuszając do snucia teorii spiskowych...




Dlaczego warto przeczytać „Czwarty Protokół?





Chociażby dlatego, żeby dowiedzieć się, jak  w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym roku w Wielkiej Brytanii Rosjanie chcieli obalić rząd Margaret Thatcher całkowicie przejmując władzę nad krajem. 




Żeby dowiedzieć się, co wspólnego miała z tym Republika Południowej Afryki i dlaczego punki odegrali w tej historii małą, ale jakże znaczącą rolę. 




„Czwarty protokół” warto przeczytać, żeby poznać Johna Prestona – sympatycznego, przenikliwego i nieustępliwego Brytyjczyka, który realnie wpłynął na losy „Ojczyzny Szekspira”, wplątując się w polityczną, międzynarodową walkę na najwyższych szczeblach władzy. 





No i w końcu, żeby przeżyć tę skomplikowaną intrygę mogącą – jeśliby się powiodła – całkowicie zmienić losy powojennej Europy.





I wydawać by się mogło, że gdyby nie spektakularna kradzież diamentów, od której zaczyna się cała historia i mała, na pozór nic nieznacząca walizeczka z ukrytymi w niej dokumentami podstemplowanymi wiele mówiącą pieczątką „ściśle tajne”, to niewiadomo, w jakiej Europie dzisiaj byśmy żyli.



Bo się zaczęło od tego, że sprytny włamywacz nieświadomie obrabował rosyjskiego szpiega działającego na terenie Wielkiej Brytanii. A że nasz złodziejaszek oprócz tego, że lubi swój fach, jest również patriotą. W walizeczce, w której wyniósł diamenty, były ukryte kopie tajnych planów niemających prawa ujrzeć światła dziennego. W całej Anglii ich treść zna tylko kilka osób. Kiedy nasz włamywacz przypadkiem je odkrył, odesłał je do rządu. I to, co się dzieje dalej, to… niestety musisz sam sprawdzić…  


 

Znaleziony cytat




A jaki cytat znalazłem, wiesz?! No bo nie wiem, czy Ci już mówiłem, ale postanowiłem w każdej przeczytanej książce znaleźć dobry, fajny cytat. A najlepiej, żeby był dobry, fajny i jednocześnie przekazywał jakąś życiową prawdę. Zapewne nie we wszystkich powieściach taki znajdę, ale w „Czwartym protokole” znalazłem taką perełkę:




„Politycy żyją w nierealnym świecie, wykreowanym w ich umysłach, a przedstawianym jako rzeczywistość przez propagandzistów będących na ich usługach”




Tak, to sama esencja politycznej rzeczywistości. Nieważne, nie ma się dłużej co roztrząsać nad smutnymi decydenckimi realiami. Chociaż chwilami mogą być one intrygujące, jak np. w „Czwartym Protokole” F. Forsytha.



Trochę plusów i minusów



Plusem powieści Forsytha jest niewątpliwie wiarygodne przedstawianie różnego rodzaju procedur i schematów panujących w politycznym półświatku. 



...Polityczny półświatek to chyba dobre określenie dla rządowych struktur? Nie wiem, tak mi przyszło na myśl...




Wiesz, Forsyth napisał kiedyś „Psy Wojny” – bestsellerową powieść opowiadającą o zamachu stanu na afrykańskie państwo – i powstała plotka, że w jakiś sposób sam brał udział w podobnym wydarzeniu. A kto opowie o jakimś wydarzeniu bardziej wiarygodnie, niż sam jego uczestnik?




Minusem może być przesada we wdawaniu się autora w detale, czasami to po prostu nudzi i zwalnia akcję. Całe szczęście, że Forsyth umie się rozpisywać i nawet, jeśli te opisy  są nudne, chociaż wolałbym powiedzieć, że są raczej za długie i można odnieść wrażenie, że jest ich za wiele, na pewno nie są wyssane z palca. Więc właściwie ten minus mogę zredukować do zera, chociaż sprawiał, że powieść czytałem dłużej, niż inne. 



Jakkolwiek sprawy polityczne byłyby ciekawe, zawsze będę miał problemy z ich zrozumieniem...



Plusem jest też fakt, że pośród mrocznych intryg Forsyth potrafi znaleźć miejsce na sentymenty, był
taki moment, że, podczas tej nielekkiej lektury zakręciła mi się łza. No i oczywiście ten niepowtarzalny klimat. Zachodzę w głowę, czy poznałbym  powieść Forsytha, nie wiedząc, że czytam jego dzieło? Ale myślę, że tak, te machlojki polityczne, gospodarcze intrygi, mafijne działania legalnych rządów tak wiarygodnie opisane i… ten szczegół.



U Forsytha, chyba w każdej powieści, całkiem niespodziewanie, pojawia drobny szczegół, niefortunny i niewinny z pozoru zbieg okoliczności, niby nic nie znaczące, drobne zdarzenie diametralnie odwracające akcję. Ten szczegół jest znakiem firmowym twórczości autora.



Mam ochotę zdradzić Ci parę takich szczegółów z „Czwartego Protokołu”, ale nie, powstrzymam się. Zepsułbym Ci czytelniczą imprezę, a tego się nie wybacza :-)…



Reasumując; cztery plusy na jeden minus – całkiem przyzwoicie




No i nadeszła pora na to, co lubię najbardziej, ocena i podsumowanie powieści w kilku słowach.

 

 

 Podsumowanie powieści w kilku słowach to chyba najtrudniejsze zadanie zaraz po napisaniu, na czym się opiera fabuła:-)



…Nie lubię się tego podejmować, gdyż obawiam się, że najzwyczajniej w świecie nie wyrażę tego jasno…



Po chwili namysłu… po dłuższej chwili namysłu nad tym, jak podsumować „Czwarty Protokół” Forsytha, to zupełnie nie mam pojęcia. Najbardziej trafne określenie przychodzące mi na myśl to:



 Czwarty Protokół” jest dobrym, choć skomplikowanym thrillerem politycznym z całkiem interesującym wątkiem. Jest powieścią odsłaniająca kulisy politycznych gier Rosjan wobec Anglii w dobie rządów Margaret Thatcher. 


  
Moja ocena 7/10. Dlaczego nie osiem? 



Czuję, że zmieniają się moje czytelnicze priorytety i zaczynam szukać czegoś innego. „Czwarty Protokół” jest jak najbardziej dobrym thrillerem politycznym wartym polecenia, ale wiem, że gdzieś są inne książkowe perełki, które tylko czekają, żebym je szczęśliwie odnalazł. Np. „Mapa Nieba” Felixa J. Palmy będąca drugim tomem trylogii rozpoczynającej się od znakomitej „Mapy Czasu”



PS …Powiedziałem, że ocena i podsumowanie jest najtrudniejszą częścią zadania? Mogłem się mylić. Najtrudniej jest chyba napisać zakończenie, ale mam pewien pomysł.



Zakładając, że wydarzenia zawarte w tym trzymającym w napięciu thrillerze politycznym mogły rzeczywiście się wydarzyć, na zakończenie zadałbym pytanie zawarte w tytule tej notki…




A za możliwość przeczytania książki ślę dziękczynienie wydawnictwu Amber, Dzięki!!! 
Do następnego, miłego dnia, pozdrawiam, Paweł ;-)





poniedziałek, 15 września 2014

„Bosonoga Królowa” – pieśń o wolności i o czymś jeszcze


Cześć! Chciałem Ci z radością i satysfakcją zakomunikować, że przeczytałem „Bosonogą Królową” autorstwa Ildenfonso Falconesa i pragnę się z Tobą podzielić wrażeniami z tej niesamowitej powieści. Wiesz, że pieśń o wolności, której dźwiękiem  przesiąknięta jest ta piękna, choć smutna hiszpańska historia, cały czas rozbrzmiewa gdzieś w czeluściach mojego serca?

I chociaż nie chcę pisać patetycznie! Ba! Nawet nie lubię tak pisać, to historia, w jaką wplątał Ildefonso Falcones bohaterów „Bosonogiej Królowej”, Caridad, Milagros , Melchora i Ane, nieco mnie uniosła. Więc dlaczego nie napisać o tej opowieści z wyżyn moich przeżyć?








Chciałbym pisać o powieściach perfekcyjnie, ale perfekcyjnie nikt tego nie potrafi robić… no może są jakieś wyjątki, a jeśli są, to ja nic o tym nie wiem… wszak nie jesteśmy doskonali, choć każdy z osobna jest najlepszy w tym, co robi…




Bosonoga Królowa to historia dwóch Cygańskich, zwaśnionych między sobą rodów, uwikłanych w osiemnastowieczną, nieprzyjazną dla nich, hiszpańską rzeczywistość. To też historia byłej kubańskiej niewolnicy, Caridad, powoli odkrywającej czym jest wolność.




Caridad doświadczając swobody, smakując jej goryczy i słodyczy, zadaje sobie pytanie „Czy to tak właśnie wygląda ta wolność?” To pytanie dosłownie zwala mnie z nóg. Wolność to wolny wybór z pełnymi jego konsekwencjami, to też odpowiedzialność i poczucie własnej siły i tożsamości, czego akurat Caridad na początku brakuje, z czasem jednak to się zmienia.  Ale zanim się zmieni, musi jeszcze sporo czasu minąć, a wraz z nim spotkać ją wiele złego i dobrego… 




Cygańska rodzina – Milagros Vega, jej mama Ana Vega i i Melchor Vega – dziadek Milagros, chcąc ratować honor Vegów, nie zgadzają się na uległość wobec chrześcijan, którzy narzucają im swoje prawa. W przeciwieństwie do cygańskiej rodziny Garciów, gardzą chrześcijańskimi dekretami. Niestety Milagros zakochuje się w Pedrze Garcii, którego dziadek przyczynił się do tego, że  Melchor trafił na dziesięć lat na galery. To było przyczyną konfliktu między cygańskimi rodzinami. Mąż Any, Jose Vega, sprytnie wykorzystuje sytuację, wydając  córkę za mąż upatrując w tym własnych korzyści. Zakochana Milagros nie spodziewa się fatalnych konsekwencji tego małżeństwa, zaś Melchor nie chce go zaakceptować . Popada w konflikt również z wnuczką.  Rzecz ma się podobnie z Aną, ona za swoją dumę i honor zapłaci najwięcej. Caridad niespodziewanie trafia do rodziny Vegóv, zaprzyjaźniają się. Pewnego dnia, niespodziewanie, cała czwórka zostaje rozdzielona. Czy się nawzajem odnajdą?




Przez całą powieść zadawałem sobie pytanie, jak się ta historia zakończy?…


Bosonoga Królowa to piękna powieść, ale też inspiruje…



Czym inspiruje „Bosonoga Królowa”?


 

Inspiruje całkiem niestandardowym podejściem do tematu Cyganów i ich kultury. 




Jakie masz uczucia na dźwięk słowa Cygan? Czy nadal chcesz przeczytać „Bosonogą Królową”, wiedząc, że Cyganie grają w niej główną rolę? Będziesz chciał słuchać ich śpiewu i patrzeć jak tańczą taniec, z którego zrodziło się flamenco? Zastanów się, bo ta opowieść jest przesiąknięta cygańską muzyką i cygańskim śpiewem, jest nasączona cygańską tradycją. To rozśpiewana saga, to pieśń o wolności, miłości i przeciwnościach losu, z którymi mierzą się cygańscy i nie tylko cygańscy bohaterowie. A wszystko to, perypetie, przygody, szczęścia małe i duże, smutki i radości, to wszystko dzieje się na tle osiemnastowiecznej Hiszpanii, którą autor tak barwnie i wiarygodnie obrazuje.




Autor naprawdę podchodzi do spraw nietypowo, pisząc o etnicznych grupach niecieszących się powszechnym szacunkiem raczej w ciepłych barwach, o czym mogłem już przekonać się w „Ręce Fatimy”, w której główną rolę odgrywali Muzułmanie. Mniejszości etniczne maluje  w pozytywnych barwach, chociaż, lepszym określeniem byłoby, że rozprawia o nich obiektywnie, delikatnie przechylając szalę na ich korzyść. Na tle Cyganów  Chrześcijanie wypadają blado…




Czytając „Bosonogą” uświadomiłem sobie, że nie znam żadnego Cygana i jednocześnie nabrałem chęci, żeby chociaż troszkę tę kulturę poznać. Autor podał mi pomocną dłoń  udzielając mi rąbka tajemnicy w  nocie autorskiej… Zostałem skutecznie zainspirowany cygańską historią i tradycją…





Ta powieść w żaden sposób nie może pozostać obojętna





Z początku akcja nie wprawiła mnie w narkotyczny trans, jednak z każdą chwilą było coraz trudniej złapać oddech. O radości czytania też ciężko było mówić, no bo jak można czytać z radością smutną historię. Historię prześladowanych, choć dumnych i niechcących tracić własnej tożsamości Cyganów. Rozdzielonych, rzuconych w wir nieprzyjaznego, wrogiego świata, w którym na każdym kroku spotykają się z niechęcią i ostentacją, nawet ze strony swoich.



Jednak  nadzieja, że cała historia skończy się dobrze, dobijała się do mojego serca drzwiami i oknami, wpuściłem ją, rozgościła się od razu, nawet butów nie zdjęła. Warto mieć nadzieję, tak jak ją mieli bohaterowie „Bosonogiej Królowej” Warto mieć nadzieję, że, jeśli nie wszystko układa się dobrze, to i tak to wszystko skończy się szczęśliwie.




I to rozładowanie narastającego napięcia na sam koniec powieści, coś wspaniałego…




Jeśli chcesz uwikłać się w losy cygańsko - murzyńskiej czwórki, czuć bezradność wobec ich smutnego losu, koniecznie sięgnij po tę książkę… 




Niektórych bohaterów pokochałem, niektórych znienawidziłem, nie poznałem kogoś, kto byłby mi obojętny. Nawet się ucieszyłem, że niektórzy, zupełnie zasłużenie, zostali w brutalny sposób pozbawieni życia. Naprawdę im się należało…  



Wolność – wspólny mianownik życia bohaterów





Były galernik i była kubańska niewolnica smakują swobody czyniąc tę historię pieśnią o wolności, której pragnienie Cygan ma we krwi, a czarnoskóra, była kubańska niewolnica, z czasem ją odkrywa. Wolność staje się cementem, spoiwem, wspólnym mianownikiem ich życia i życia innych bohaterów, za który będą w stanie oddać wszystko, nawet życie.

I chociaż w tej historii pierwsze skrzypce grają Cyganie, a dokładnie utalentowana choreograficznie i wokalnie Milagros, dla mnie główną bohaterką na zawsze pozostanie Caridad – ów czarnoskóra niewolnica. Jest nietuzinkową postacią nadającą kolorytu cygańskiej rzeczywistości, jej duchowa przemiana jest bardziej spektakularna, niż przemiana Kmicica w „Potopie” Sienkiewicza…




Czy wiesz, że w tej powieści doświadczyłem zemsty, nienawiści, chciwości… ale, niespodziewanie pojawiła się też przyjaźń i miłość, mogące przezwyciężyć wszystko, nawet najgłębiej zakorzenione stereotypy i przekonania…



No cóż mógłbym tak pisać i pisać, ale chcę zostawić coś dla Ciebie, ja już zjadłem ten tort i mogę powiedzieć, że cukiernik wiedział, jak go przygotować…




PS. Są powieści, które trzeba zgłębić tylko dlatego, że nie da się oddać ich klimatu za pomocą kilku słów, chociaż, jeśli miałbym wykonać takie zadanie. „Bosonogą Królową” nazwałbym, co z resztą już uczyniłem, Hiszpańską  Pieśnią o cygańskiej Wolności.


Moja ocena powieści 7/10, troszkę niżej niż ostatnio, ale muszę stwierdzić, że jest to lektura raczej dla płci pięknej, chociaż i tak jest powalająca. Smaku dodaly wędrówki i urokliwe miejsca Półwyspu Iberyjskiego, opisy miast są wartościowe merytorycznie, ale ja zdecydownie wolę krajobrazy i panoramy pleneru. Dlaczego nie dałem 8/10? w końcu nie można cały czas oceniać wysoko, jednostajnie i rutynowo. Trzeba czasem zniżyć, tak po prostu. Tak czy inaczej polecam powieść, chociaż jest raczej dla dziewczyn, tudzież dla kobiet,


http://www.wydawnictwoalbatros.com/




To tyle, co Ci chciałem powiedzieć na temat „Bosonogiej Królowej” Ildefonso Falconesa, reszta należy do Ciebie, pozdrawiam Cię gorąco.
                                                                                                                                  Paweł.

niedziela, 7 września 2014

Zerknij na "Mapę czasu." HIszpańską powieść fantastyczną niemającą z fantastyką nic wspólnego

Pozwoliłem sobie zgłębić „Mapę czasu” Felixa J. Palmy. Czy żałuję? Absolutnie nie! Bardzo dobra książka, a mówiąc bardziej szczegółowo, bardzo dobry spektakl o rzeczach ważnych.




Z reguły nie lubię fantastyki – bo utwór opowiada o podróżach w czasie – a  po książkę sięgnąłem z czystej ciekawości i tylko dlatego, że to literatura hiszpańska. Miło się rozczarowałem, przekonując się, że książka z powieścią z nurtu fantastyki niewiele ma wspólnego. Miło się rozczarowałem przekonując się, że „Mapa czasu” to bardzo fajna i budująca lektura. 

 

 

Oryginalność pomysłu polega na uczynieniu głównym bohaterem akcji Wellsa – pisarza, który w 1888 roku napisał „Wehikuł czasu”, rozbudzając ludzką ciekawość świata przyszłości. Spotkałem tutaj również Kubę Rozpruwacza i Josepha Merricka, człowieka, który światową sławę zdobył jako Człowiek Słoń. Wcześniej znałem ich tylko ze słyszenia, ale – dzięki „Mapie czasu” Palmy i „Wehikułowi czasu” Wellsa,  przenosząc się do XIX  wieku i zwiedzając angielski świat epoki wiktoriańskiej  – mogłem ich poznać osobiście. Za Rozpruwaczem nie tęsknię, ale Człowiek Słoń to inspirująca osobowość obdarzona ciepłem i mądrością, na pewno jeszcze się z nim spotkam.  Nie wiem tylko gdzie i kiedy.



W „Mapie czasu” ludzkość zaciekawiona powieścią pt. „Wehikuł czasu” Herberta George’a Wellsa i podróżami między epokami, daje pole do popisu pewnemu przedsiębiorcy, który – również zainspirowany powieścią Wellsa – wehikuł taki tworzy, umożliwiając tym samym  przejażdżkę do roku dwutysięcznego. Umożliwia przejażdżkę dokładnie do momentu, w którym podczas walki ludzi z automatami stworzonymi przez człowieka, chcącymi przejąć władzę na naszej planecie, rozstrzygają się losy matki Ziemi. Są tacy, którzy korzystają z tej okazji, jedna panna nawet zakochuje się w przywódcy armii ludzi i postanawia zostać w przyszłości. Nie powiem, konsekwencje tego zadurzenia rozbawiły mnie, chociaż wcale takie zabawne nie były. Są też tacy, którzy cofają się w przeszłość, by rozprawić się z mordercami, w tym przypadku z Kubą Rozpruwaczem – ten motyw od początku mnie zaintrygował i intryguje cały czas – świadczy to o niesamowitej pomysłowości Palmy. Finał tych historii jest powalający i w żaden sposób nie da się go przewidzieć, dlatego dla zobrazowania mojej podróży przez „Mapę czasu”, pozwolę sobie na cytat zaczerpnięty z księgi moich niesfornych myśli.



„Felix J. Palma wiózł mnie pojazdem swojej powieści tak, jak pijany nastolatek prowadzący swoje wyścigowe auto przy pełnej prędkości, wiezie swoją dziewczynę. Różnica polegała na tym, że Felix J. Palma wiedział, co robi i, co ważniejsze, wiedział, gdzie chce mnie zawieźć…


Palma zawiózł mnie do miejsca, gdzie znalazłem stos refleksji na temat rzeczy ważnych. Ważnych, znaczy życiowych. Pozostawił mnie przy tym stosie z pytaniem ”Gdzie zaczyna się fikcja a gdzie kończy się prawda w teatrze życia?” Cały czas próbuję na nie sobie odpowiedzieć



 …Prędkość akcji wbiła mnie w fotel, a obrazy migające przed moimi oczami podczas tej szalonej przejażdżki na długo zostaną w mojej pamięci. Może to za sprawą wehikułu, może za sprawą błyskotliwości autora.” 



Na szczęście dojechałem do zakończenia w całości i to bogatszy o nowe doświadczenia i wrażenia! Do tej pory rozbrzmiewa we mnie echo przeżytych historii. Do tej pory czuję ich subtelny smak.



Poznaj tajemniczego podróżnika




Tajemniczy podróżnik w „Mapie czasu” to esencja koktajlu przyrządzonego przez Palmę, to esencja śmietanki, którą spijałem podczas delektowania się „Mapą czasu”. Tajemniczy podróżnik całkowicie zmienił bieg historii, nic dziwnego, w końcu przybył z przyszłości. Odkrywając strona po stronie jego tajemnicę, nabrałem przekonania, że autor nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i że, bez najmniejszych wątpliwości, posiada jeszcze, nie jednego, ale sto asów w rękawie. A gdy dowiedziałem się już, kim jest tajemniczy podróżnik, moja pewność siebie w dziedzinie przewidywania rozwoju wątku spłonęła na stosie refleksji, z którym pozostawił mnie autor. 



Gorąco polecam „Mapę czasu”, a pisząc te notatki – pomiędzy rozdziałami „Bosonogiej królowej” Ildefonso Falconesa, którą właśnie poznaję i już zdążyłem okrzyknąć ją książką o wolności, przyjaźni, zemście, lojalności…  – pragnę wystawić Felixowi J. Palmie ocenę za jego dzieło. Fajnie zabawić się w kogoś, kto może oceniać, chociaż to najtrudniejsza część działania, a ja nie lubię tego robić. Moja ocena to 8/10. Znów wysoka. Dziesiątki nie dałem bo cały czas wierzę, że w ogromnym świecie książek znajdę tą jedną, jedyną perełkę. Poza tym błyskotliwe łączenie wątków, zaskakujące zwroty i rozwiązania akcji, nutka filozofii, umiejętność malowania obrazów piórem i dające do myślenia przemyślenia autora sprawiają, że książka jest… poruszająca, nieprzewidywalna i pozostawiająca czytelnika z mnóstwem pytań i refleksji. Lubię takie lektury. 



http://www.soniadraga.pl/