Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LITERATURA HISZPAŃSKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LITERATURA HISZPAŃSKA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 października 2014

„Miasto poza czasem” – mądry wybór na Wszystkich Świętych.

 „Miasto poza czasem” to opowieść o ponadczasowości w świecie, gdzie wszystko przemija. Podczas, gdy niektóre  rzeczy i niektóre postacie żyją wiecznie, inne przemijają i na zawsze umierają.  Po przeczytaniu „Miasta”, nad tym ostatnim zacząłem się poważnie zastanawiać. Czy na pewno tak jest, że wszystko przemija? Że oddala się gdzieś w zapomnienie? A może żyje gdzieś, nie wiadomo gdzie, swoim ukrytym życiem? 


Ale to nie jest jedyna kwestia, jaka zakłóciła mój życiowy spokój, bo oprócz tego, że padł mój stary, wiekowy komputer(chcąc nie chcąc, trochę przeorganizował mi ten fakt życie; uświadomiłem sobie też, jaką częścią życia on był i nadal jest, przynajmniej do czasu, kiedy nie odzyskam z niego wszystkich danych) to…


Po lekturze zadałem sobie pytanie: czy chcę być Bogiem? Czy chciałbym być Bogiem? A jeśli miałbym nim być, to czy bym się nie znudził? Żyć wiecznie i patrzeć, jak wszystko przemija? Nie wiem, czy bym zniósł taki stan rzeczy. Przecież to musi być strasznie monotonne. A jak Bóg musi cierpieć, skoro przeżywa śmierć swoich dzieci właściwie każdego dnia. To zdecydowanie nie przemawia za wiecznością. Lepiej chyba mieć limit i jak najlepiej go wykorzystać, niż mieć nieograniczoną ilość czasu i nudzić się ze świadomością, że ta nuda będzie wieczna. Przecież to jakiś koszmar musi być.


Gdybym był Bogiem, to z nudów bym chyba wojny wywoływał, rozprzestrzeniał zarazy, wydawał na świat nowych proroków, tworzących zarzewia nowych konfliktów. Nie, zdecydowanie wolę umrzeć, ale zrobić więcej dobrego, niż z nudy wiecznego życia utrudniać innym egzystencję.


Oczywiście, że z tej nudy mógłbym naprawiać świat, ulepszać go, ale po co? Przecież zło się dobrze sprzedaje i jakby bardziej uszczęśliwia ludzi. Zresztą co to za frajda czynić dobro, przecież zakazany owoc lepiej smakuje. Tylko, że będąc Bogiem, nie mógłbym sobie niczego zabronić, więc z czego bym czerpał przyjemność?


I kiedy takie przemyślenia mnie chwyciły po przeczytaniu „Miasta poza czasem”, zacząłem czytać kolejną książkę – patrz, masz ci los, znowu hiszpańską. Ale nie będę się rozdrabniał co i jak, „Miasto poza czasem” zafundowało mi wystarczająco dużo psychoterapii i zmusiło do wejrzenia w głąb samego siebie. Mój świat już nie będzie taki sam. Zwłaszcza, że na zawsze odszedł mój stary towarzysz – poprzedni komputer osobisty - zabierając ze sobą wszystkie moje wspomnienia. W takiej sytuacji chciałbym być Bogiem, przywróciłbym go do życia, tylko nie wiem, czy pamiętał by on wszystkie sekrety, jakie mu powierzyłem. Pozostaje mi tylko wierzyć, że to, co mu powierzyłem, nigdy nie przeminie i będzie żyło swoim własnym, ukrytym życiem. Zupełnie tak, jak historyczna - pozornie zapomniana - tytułowa Barcelona w książce Enrique Moriela.


 „Miasto poza czasem” warto przeczytać przed świętem pierwszego listopada zwanym też Świętem Zmarłych (jakoś nie lubię tego określenia), chociażby dlatego, że zmusza do zastanowienia się nad własną egzystencją. Podpowie Ci, że czasem warto przystanąć i przestać się śpieszyć, „Bo to, co ma się wydarzyć i tak się pewnie wydarzy”, niezależnie od tego, czy tego chcesz czy nie.

Jeśli przeczytasz „Miasto poza czasem” przekonasz się, że tak naprawdę Szatan jest zaprzeczeniem tego co złe, a Bóg wcale nie jest, albo wcale nie musi być, uosobieniem dobra.  Dowiesz się też, czym się charakteryzuje człowiek wykonujący zawód kata - nie z przymusu, ale z zamiłowania. Czy to ostatnie jest w ogóle możliwe? Jak najbardziej i powiem Ci, że ma to swój sens i nawet… no cóż… już sobie nie wyobrażam, żeby ktoś wykonywał tą funkcję z innego powodu, niż miłość do tego zajęcia. A póki jest kara najwyższa, budząca tak wiele wątpliwości, zawód ten po prostu będzie istniał.

Kurcze, muszę to powiedzieć – ta książka jest po prostu rewelacyjna. Świetny pomysł, pióro nieważące więcej niż pół grama, zmienia światopogląd albo przynajmniej wyciąga ukryte (żyjące własnym życiem) światopoglądy na światło dzienne, kilka faktów historycznych podwyższy poziom wiedzy. No i klimacik dobrego dreszczowca. Naprawdę można się zapomnieć.

A teraz zabawię się w literackiego krytyka i uznam dzieło Enrique Moriela za udane. Możesz śmiało sięgać, najwyżej Ci się nie spodoba. Ja wypożyczyłem z rejonowej biblioteki na ul. Rajdowej w Łodzi. Filia nr 14, absolutnie nie żałuję – naprawdę fajny klimat i dobra myśl przewodnia świetnie wpasowująca się w atmosferę dnia Wszystkich Świętych.


Ludzie, śpieszmy się czytać książki, bo tak szybko odchodzimy. Ale to ostatnie zdanie można wyciąć albo nawet go nie czytać. Ja, tak czy inaczej, życzę Ci sto lat ;-)

poniedziałek, 15 września 2014

„Bosonoga Królowa” – pieśń o wolności i o czymś jeszcze


Cześć! Chciałem Ci z radością i satysfakcją zakomunikować, że przeczytałem „Bosonogą Królową” autorstwa Ildenfonso Falconesa i pragnę się z Tobą podzielić wrażeniami z tej niesamowitej powieści. Wiesz, że pieśń o wolności, której dźwiękiem  przesiąknięta jest ta piękna, choć smutna hiszpańska historia, cały czas rozbrzmiewa gdzieś w czeluściach mojego serca?

I chociaż nie chcę pisać patetycznie! Ba! Nawet nie lubię tak pisać, to historia, w jaką wplątał Ildefonso Falcones bohaterów „Bosonogiej Królowej”, Caridad, Milagros , Melchora i Ane, nieco mnie uniosła. Więc dlaczego nie napisać o tej opowieści z wyżyn moich przeżyć?








Chciałbym pisać o powieściach perfekcyjnie, ale perfekcyjnie nikt tego nie potrafi robić… no może są jakieś wyjątki, a jeśli są, to ja nic o tym nie wiem… wszak nie jesteśmy doskonali, choć każdy z osobna jest najlepszy w tym, co robi…




Bosonoga Królowa to historia dwóch Cygańskich, zwaśnionych między sobą rodów, uwikłanych w osiemnastowieczną, nieprzyjazną dla nich, hiszpańską rzeczywistość. To też historia byłej kubańskiej niewolnicy, Caridad, powoli odkrywającej czym jest wolność.




Caridad doświadczając swobody, smakując jej goryczy i słodyczy, zadaje sobie pytanie „Czy to tak właśnie wygląda ta wolność?” To pytanie dosłownie zwala mnie z nóg. Wolność to wolny wybór z pełnymi jego konsekwencjami, to też odpowiedzialność i poczucie własnej siły i tożsamości, czego akurat Caridad na początku brakuje, z czasem jednak to się zmienia.  Ale zanim się zmieni, musi jeszcze sporo czasu minąć, a wraz z nim spotkać ją wiele złego i dobrego… 




Cygańska rodzina – Milagros Vega, jej mama Ana Vega i i Melchor Vega – dziadek Milagros, chcąc ratować honor Vegów, nie zgadzają się na uległość wobec chrześcijan, którzy narzucają im swoje prawa. W przeciwieństwie do cygańskiej rodziny Garciów, gardzą chrześcijańskimi dekretami. Niestety Milagros zakochuje się w Pedrze Garcii, którego dziadek przyczynił się do tego, że  Melchor trafił na dziesięć lat na galery. To było przyczyną konfliktu między cygańskimi rodzinami. Mąż Any, Jose Vega, sprytnie wykorzystuje sytuację, wydając  córkę za mąż upatrując w tym własnych korzyści. Zakochana Milagros nie spodziewa się fatalnych konsekwencji tego małżeństwa, zaś Melchor nie chce go zaakceptować . Popada w konflikt również z wnuczką.  Rzecz ma się podobnie z Aną, ona za swoją dumę i honor zapłaci najwięcej. Caridad niespodziewanie trafia do rodziny Vegóv, zaprzyjaźniają się. Pewnego dnia, niespodziewanie, cała czwórka zostaje rozdzielona. Czy się nawzajem odnajdą?




Przez całą powieść zadawałem sobie pytanie, jak się ta historia zakończy?…


Bosonoga Królowa to piękna powieść, ale też inspiruje…



Czym inspiruje „Bosonoga Królowa”?


 

Inspiruje całkiem niestandardowym podejściem do tematu Cyganów i ich kultury. 




Jakie masz uczucia na dźwięk słowa Cygan? Czy nadal chcesz przeczytać „Bosonogą Królową”, wiedząc, że Cyganie grają w niej główną rolę? Będziesz chciał słuchać ich śpiewu i patrzeć jak tańczą taniec, z którego zrodziło się flamenco? Zastanów się, bo ta opowieść jest przesiąknięta cygańską muzyką i cygańskim śpiewem, jest nasączona cygańską tradycją. To rozśpiewana saga, to pieśń o wolności, miłości i przeciwnościach losu, z którymi mierzą się cygańscy i nie tylko cygańscy bohaterowie. A wszystko to, perypetie, przygody, szczęścia małe i duże, smutki i radości, to wszystko dzieje się na tle osiemnastowiecznej Hiszpanii, którą autor tak barwnie i wiarygodnie obrazuje.




Autor naprawdę podchodzi do spraw nietypowo, pisząc o etnicznych grupach niecieszących się powszechnym szacunkiem raczej w ciepłych barwach, o czym mogłem już przekonać się w „Ręce Fatimy”, w której główną rolę odgrywali Muzułmanie. Mniejszości etniczne maluje  w pozytywnych barwach, chociaż, lepszym określeniem byłoby, że rozprawia o nich obiektywnie, delikatnie przechylając szalę na ich korzyść. Na tle Cyganów  Chrześcijanie wypadają blado…




Czytając „Bosonogą” uświadomiłem sobie, że nie znam żadnego Cygana i jednocześnie nabrałem chęci, żeby chociaż troszkę tę kulturę poznać. Autor podał mi pomocną dłoń  udzielając mi rąbka tajemnicy w  nocie autorskiej… Zostałem skutecznie zainspirowany cygańską historią i tradycją…





Ta powieść w żaden sposób nie może pozostać obojętna





Z początku akcja nie wprawiła mnie w narkotyczny trans, jednak z każdą chwilą było coraz trudniej złapać oddech. O radości czytania też ciężko było mówić, no bo jak można czytać z radością smutną historię. Historię prześladowanych, choć dumnych i niechcących tracić własnej tożsamości Cyganów. Rozdzielonych, rzuconych w wir nieprzyjaznego, wrogiego świata, w którym na każdym kroku spotykają się z niechęcią i ostentacją, nawet ze strony swoich.



Jednak  nadzieja, że cała historia skończy się dobrze, dobijała się do mojego serca drzwiami i oknami, wpuściłem ją, rozgościła się od razu, nawet butów nie zdjęła. Warto mieć nadzieję, tak jak ją mieli bohaterowie „Bosonogiej Królowej” Warto mieć nadzieję, że, jeśli nie wszystko układa się dobrze, to i tak to wszystko skończy się szczęśliwie.




I to rozładowanie narastającego napięcia na sam koniec powieści, coś wspaniałego…




Jeśli chcesz uwikłać się w losy cygańsko - murzyńskiej czwórki, czuć bezradność wobec ich smutnego losu, koniecznie sięgnij po tę książkę… 




Niektórych bohaterów pokochałem, niektórych znienawidziłem, nie poznałem kogoś, kto byłby mi obojętny. Nawet się ucieszyłem, że niektórzy, zupełnie zasłużenie, zostali w brutalny sposób pozbawieni życia. Naprawdę im się należało…  



Wolność – wspólny mianownik życia bohaterów





Były galernik i była kubańska niewolnica smakują swobody czyniąc tę historię pieśnią o wolności, której pragnienie Cygan ma we krwi, a czarnoskóra, była kubańska niewolnica, z czasem ją odkrywa. Wolność staje się cementem, spoiwem, wspólnym mianownikiem ich życia i życia innych bohaterów, za który będą w stanie oddać wszystko, nawet życie.

I chociaż w tej historii pierwsze skrzypce grają Cyganie, a dokładnie utalentowana choreograficznie i wokalnie Milagros, dla mnie główną bohaterką na zawsze pozostanie Caridad – ów czarnoskóra niewolnica. Jest nietuzinkową postacią nadającą kolorytu cygańskiej rzeczywistości, jej duchowa przemiana jest bardziej spektakularna, niż przemiana Kmicica w „Potopie” Sienkiewicza…




Czy wiesz, że w tej powieści doświadczyłem zemsty, nienawiści, chciwości… ale, niespodziewanie pojawiła się też przyjaźń i miłość, mogące przezwyciężyć wszystko, nawet najgłębiej zakorzenione stereotypy i przekonania…



No cóż mógłbym tak pisać i pisać, ale chcę zostawić coś dla Ciebie, ja już zjadłem ten tort i mogę powiedzieć, że cukiernik wiedział, jak go przygotować…




PS. Są powieści, które trzeba zgłębić tylko dlatego, że nie da się oddać ich klimatu za pomocą kilku słów, chociaż, jeśli miałbym wykonać takie zadanie. „Bosonogą Królową” nazwałbym, co z resztą już uczyniłem, Hiszpańską  Pieśnią o cygańskiej Wolności.


Moja ocena powieści 7/10, troszkę niżej niż ostatnio, ale muszę stwierdzić, że jest to lektura raczej dla płci pięknej, chociaż i tak jest powalająca. Smaku dodaly wędrówki i urokliwe miejsca Półwyspu Iberyjskiego, opisy miast są wartościowe merytorycznie, ale ja zdecydownie wolę krajobrazy i panoramy pleneru. Dlaczego nie dałem 8/10? w końcu nie można cały czas oceniać wysoko, jednostajnie i rutynowo. Trzeba czasem zniżyć, tak po prostu. Tak czy inaczej polecam powieść, chociaż jest raczej dla dziewczyn, tudzież dla kobiet,


http://www.wydawnictwoalbatros.com/




To tyle, co Ci chciałem powiedzieć na temat „Bosonogiej Królowej” Ildefonso Falconesa, reszta należy do Ciebie, pozdrawiam Cię gorąco.
                                                                                                                                  Paweł.

niedziela, 7 września 2014

Zerknij na "Mapę czasu." HIszpańską powieść fantastyczną niemającą z fantastyką nic wspólnego

Pozwoliłem sobie zgłębić „Mapę czasu” Felixa J. Palmy. Czy żałuję? Absolutnie nie! Bardzo dobra książka, a mówiąc bardziej szczegółowo, bardzo dobry spektakl o rzeczach ważnych.




Z reguły nie lubię fantastyki – bo utwór opowiada o podróżach w czasie – a  po książkę sięgnąłem z czystej ciekawości i tylko dlatego, że to literatura hiszpańska. Miło się rozczarowałem, przekonując się, że książka z powieścią z nurtu fantastyki niewiele ma wspólnego. Miło się rozczarowałem przekonując się, że „Mapa czasu” to bardzo fajna i budująca lektura. 

 

 

Oryginalność pomysłu polega na uczynieniu głównym bohaterem akcji Wellsa – pisarza, który w 1888 roku napisał „Wehikuł czasu”, rozbudzając ludzką ciekawość świata przyszłości. Spotkałem tutaj również Kubę Rozpruwacza i Josepha Merricka, człowieka, który światową sławę zdobył jako Człowiek Słoń. Wcześniej znałem ich tylko ze słyszenia, ale – dzięki „Mapie czasu” Palmy i „Wehikułowi czasu” Wellsa,  przenosząc się do XIX  wieku i zwiedzając angielski świat epoki wiktoriańskiej  – mogłem ich poznać osobiście. Za Rozpruwaczem nie tęsknię, ale Człowiek Słoń to inspirująca osobowość obdarzona ciepłem i mądrością, na pewno jeszcze się z nim spotkam.  Nie wiem tylko gdzie i kiedy.



W „Mapie czasu” ludzkość zaciekawiona powieścią pt. „Wehikuł czasu” Herberta George’a Wellsa i podróżami między epokami, daje pole do popisu pewnemu przedsiębiorcy, który – również zainspirowany powieścią Wellsa – wehikuł taki tworzy, umożliwiając tym samym  przejażdżkę do roku dwutysięcznego. Umożliwia przejażdżkę dokładnie do momentu, w którym podczas walki ludzi z automatami stworzonymi przez człowieka, chcącymi przejąć władzę na naszej planecie, rozstrzygają się losy matki Ziemi. Są tacy, którzy korzystają z tej okazji, jedna panna nawet zakochuje się w przywódcy armii ludzi i postanawia zostać w przyszłości. Nie powiem, konsekwencje tego zadurzenia rozbawiły mnie, chociaż wcale takie zabawne nie były. Są też tacy, którzy cofają się w przeszłość, by rozprawić się z mordercami, w tym przypadku z Kubą Rozpruwaczem – ten motyw od początku mnie zaintrygował i intryguje cały czas – świadczy to o niesamowitej pomysłowości Palmy. Finał tych historii jest powalający i w żaden sposób nie da się go przewidzieć, dlatego dla zobrazowania mojej podróży przez „Mapę czasu”, pozwolę sobie na cytat zaczerpnięty z księgi moich niesfornych myśli.



„Felix J. Palma wiózł mnie pojazdem swojej powieści tak, jak pijany nastolatek prowadzący swoje wyścigowe auto przy pełnej prędkości, wiezie swoją dziewczynę. Różnica polegała na tym, że Felix J. Palma wiedział, co robi i, co ważniejsze, wiedział, gdzie chce mnie zawieźć…


Palma zawiózł mnie do miejsca, gdzie znalazłem stos refleksji na temat rzeczy ważnych. Ważnych, znaczy życiowych. Pozostawił mnie przy tym stosie z pytaniem ”Gdzie zaczyna się fikcja a gdzie kończy się prawda w teatrze życia?” Cały czas próbuję na nie sobie odpowiedzieć



 …Prędkość akcji wbiła mnie w fotel, a obrazy migające przed moimi oczami podczas tej szalonej przejażdżki na długo zostaną w mojej pamięci. Może to za sprawą wehikułu, może za sprawą błyskotliwości autora.” 



Na szczęście dojechałem do zakończenia w całości i to bogatszy o nowe doświadczenia i wrażenia! Do tej pory rozbrzmiewa we mnie echo przeżytych historii. Do tej pory czuję ich subtelny smak.



Poznaj tajemniczego podróżnika




Tajemniczy podróżnik w „Mapie czasu” to esencja koktajlu przyrządzonego przez Palmę, to esencja śmietanki, którą spijałem podczas delektowania się „Mapą czasu”. Tajemniczy podróżnik całkowicie zmienił bieg historii, nic dziwnego, w końcu przybył z przyszłości. Odkrywając strona po stronie jego tajemnicę, nabrałem przekonania, że autor nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i że, bez najmniejszych wątpliwości, posiada jeszcze, nie jednego, ale sto asów w rękawie. A gdy dowiedziałem się już, kim jest tajemniczy podróżnik, moja pewność siebie w dziedzinie przewidywania rozwoju wątku spłonęła na stosie refleksji, z którym pozostawił mnie autor. 



Gorąco polecam „Mapę czasu”, a pisząc te notatki – pomiędzy rozdziałami „Bosonogiej królowej” Ildefonso Falconesa, którą właśnie poznaję i już zdążyłem okrzyknąć ją książką o wolności, przyjaźni, zemście, lojalności…  – pragnę wystawić Felixowi J. Palmie ocenę za jego dzieło. Fajnie zabawić się w kogoś, kto może oceniać, chociaż to najtrudniejsza część działania, a ja nie lubię tego robić. Moja ocena to 8/10. Znów wysoka. Dziesiątki nie dałem bo cały czas wierzę, że w ogromnym świecie książek znajdę tą jedną, jedyną perełkę. Poza tym błyskotliwe łączenie wątków, zaskakujące zwroty i rozwiązania akcji, nutka filozofii, umiejętność malowania obrazów piórem i dające do myślenia przemyślenia autora sprawiają, że książka jest… poruszająca, nieprzewidywalna i pozostawiająca czytelnika z mnóstwem pytań i refleksji. Lubię takie lektury. 



http://www.soniadraga.pl/


poniedziałek, 1 września 2014

Przemyślenia na temat pewnej hiszpańskiej sagi.

A niech to gęś kopnie, po spotkaniu aparatu z podłogą podczas robienia sesji zdjęciowej do „Władcy Barcelony” aparat mnie opuścił. Dlaczego on mi to zrobił? 


Przemyślenia na temat hiszpańskiej sagi.

Znajoma znalazła ją na wyprzedaży, a ja od niej  ją porwałem i jak by nie mówić, opis zachęcił mnie do zgłębienia jej wnętrza, zwłaszcza, że lubię czytać powieści, w których główna postać dochodzi od zera do bohatera. Lubię też powieści przygodowo – historyczne, szczególnie, kiedy są oparte na prawdziwych zdarzeniach, a główni bohaterowie są literackimi potomkami prawdziwych postaci. „Władca Barcelony” Chufo Llorènsa spełnił te dwa warunki i muszę stwierdzić, że przebił jakością nawet samego Kena Folleta – autora słynnych „Filarów ziemi” i ich kontynuacji – „Świata bez końca”.



A jeśli miałbym opowiedzieć o „Władcy Barcelony” w kilku słowach, powiedziałbym tak…




Powieść Chufo Llorènsa  to wycinek świata osadzony w średniowiecznej Barcelonie, który – patrząc z perspektywy ludzkich zachowań, knutych intryg, emocji i prawideł nim rządzących – jest zupełnie taki sam, jak dzisiejszy. I właśnie na tym polega urok tej opowieści – uniwersalne, ponadczasowe prawa rządzące światem iczłowiekiem, zakotwiczone w morzu ciekawych historycznych wydarzeń i przygód.






Główny bohater, Marti Barbany, jest wyjątkowo przedsiębiorczym człowiekiem, w ciągu dziesięciu lat buduje fortunę, jakiej niejeden mógłby mu pozazdrościć. Wyrwał się z prowincji i krok po kroku zdobywa wpływy i finanse. Ale mimo tego, że jest szczęściarzem na gruncie zawodowym, życie nie szczędzi mu razów w życiu prywatnym. Szczęśliwa, odwzajemniona miłość, nie może zostać skonsumowana z powodu ojczyma Lai – dziewczyny, do której wzdycha Marti, a którą chce poślubić jej podły opiekun. Wybucha między nimi konflikt, toczący się przez prawie dekadę. I chociaż mogłem się spodziewać, na czyją stronę rozstrzygnie się ten spór, sam jego przebieg i narastające napięcie były warte, żeby go śledzić. Oczywiście wszystko dzieje się w rozległym bagnie miejskich intryg, z których autor błyskotliwie potrafi wybrnąć. We „Władcy Barcelony” praktycznie nie ma postaci nieuwikłanej w nadworną intrygę lub waśń.



Bohaterowie narodzeni z pióra autora nadają pikanterii powieści: np. nadworny błazen hrabiny, mieszkający wcześniej w domku na drzewie gdzieś w  bezkresnych, średniowiecznych lasach ,Delfin, będący karłem i potrafiący przewidywać przyszłość sprawił, że akcja nabrała elementów baśni, lub, jak kto woli, powieści fantastycznej. Ale gdy sobie uświadomiłem, że taka postać może zaistnieć w naszym prawdziwym świecie – przecież nie można tego zupełnie wykluczyć – fabuła nabrała jakiejś bliżej nieokreślonej magii. Nie umiem opisać tego uczucia uniesienia, jaki mi podarował autor za sprawą Delfina. Taki subtelny smaczek w gratisie.



Obszerna bibliografia załączona na ostatnich kartkach powieści świadczy o gruntownym przygotowaniu faktograficznym autora do napisania „Władcy”. Niektóre zdarzenia mające miejsce w historii wydają się być niewiarygodnymi – np. incydent z fałszywymi monetami, którymi władca Sewilli zapłacił należności władcy Barcelony. Jak na to patrzeć z dzisiejszego punktu widzenia, to tak, jakby prezydent miasta A wręczył prezydentowi miasta B fałszywe kilkadziesiąt miliardów złotych. Oczywiście za taką zniewagę zostali oskarżeni… nikt inny tylko Żydzi. No tak, przecież oni zawsze są winni. To oczywiście gorzka ironia. Wracając do tematu, autor naprawdę przestudiował historię ówczesnej Barcelony, co zdecydowanie uszlachetnia dzieło.



Rozdziały nie są długie. Czy to ma jakieś znaczenie? Owszem, dla mnie ma, daje mi to większą elastyczność i swobodę czytania poza domem. W tramwaju, w autobusie, w trolejbusie czy na przystanku. A jeśli ktoś znajomy mnie spotka czytającego, zawsze mogę powiedzieć, „Czekaj, tylko do końca rozdziału dolecę” i pogadamy. Mam nadzieję, że udało mi się uzasadnić znaczenie długości rozdziałów. Po prostu nie lubię tracić wciągającego wątku.



Jedyne, co nie do końca jest dla mnie okej to fakt, że Marti, główny bohater, jest tak nieskazitelny, że aż przezroczysty. Już miałem nadzieję, że autor obnaży jego słabości kreując postać szpiega, który wysłany przez ojczyma Lai ma znaleźć na niego haki. Nie udało mu się to, bo niestety szpieg został zamordowany. Moje oczekiwania nie zostały spełnione i Marti pozostał bohaterem bez wad, dając mi w spadku poczucie niedosytu. Może to i dobrze, niech świeci przykładem, w końcu brakuje nam wzorowych autorytetów. Niedosyt jednak pozostał. Ale za to...



„Władca Barcelony” ujmuje cytatami od których wręcz się roi– mnie ujęły np.




Śmierć to zazdrość Boga, zabiera tych, których pokochał” albo Mężczyzna jest ogniem, kobieta słomą. Przychodzi diabeł i dmucha”. Jeszcze mi się spodobał cytat „Bądź cierpliwy, woda zawsze znajdzie ujście” – tak mnie jakoś poruszył. To zdumiewające, jak jedno przeczytane zdanie, sprowadzające się do kilku słów, które w pojedynkę zdają się być tylko słowami, może rezonować z sercem, powodując coraz silniejsze jego drżenie.. Oczywiście, że we Władcy Barcelony znalazłem wiele innych  inspirujących mnie cytatów, ale nie będę zabierał Ci tej przyjemności. Zapisywanie książkowych, i nie tylko książkowych, cytatów – i Ty być może o tym wiesz – to wspaniała zabawa. Zwłaszcza na długie jesienne wieczory, które powoli się do nas skradają. Tak, lato dwa tysiące czternaście powoli przechodzi do historii – niestety. Ale nie pękajmy, przed nami jeszcze wiele lat ;-).



Tak więc, biegnąc ku podsumowaniu, książkę mogę spokojnie polecić. Sześćset pięćdziesiąt stron  przygód, intryg, barwnych postaci, zarówno pozytywnych jak i negatywnych, z pewnością będzie potrafiło zapewnić rozrywkę. Ciekawe cytaty odpowiednio doprawią literacki kąsek. O walorach historycznych nie będę wspominał, b jak na powieść historyczną przystało, we Władcy Barcelony znajdziemy ich mnóstwo.



Przeglądając blogi książkowe widzę, że wystawianie ocen jest bardzo powszechne, więc dlaczego miałbym być gorszy? Moja ocena książki 8/10. Wysoka? Uważam, że tak. Być może dlatego, że literatura hiszpańska mnie inspiruje, taka magiczna mi się wydaje. Tych dwóch punktów nie postawiłem tylko dlatego, że główny bohater jest wręcz przerysowany z bajki o świecie, gdzie ludzie nie posiadają żadnych wad. Dobrze, że chociaż chciał się zemścić za śmierć swojej ukochanej i nie powiem, zrobił to całkiem sprytnie... Ok, teraz nie tracę czasu i idę zgłębiać kolejną książkę hiszpańskiego autora, Fèlixa J. Palma, a książka nosi jakże obiecujący tytuł „Mapa Czasu”, ale o tym następnym razem.



Aha, „Władcę Barcelony” zawdzięczam wydawnictwu ALBATROS A. KURYŁOWICZ 

http://www.wydawnictwoalbatros.com/
DZIĘKI;)