poniedziałek, 1 września 2014

Przemyślenia na temat pewnej hiszpańskiej sagi.

A niech to gęś kopnie, po spotkaniu aparatu z podłogą podczas robienia sesji zdjęciowej do „Władcy Barcelony” aparat mnie opuścił. Dlaczego on mi to zrobił? 


Przemyślenia na temat hiszpańskiej sagi.

Znajoma znalazła ją na wyprzedaży, a ja od niej  ją porwałem i jak by nie mówić, opis zachęcił mnie do zgłębienia jej wnętrza, zwłaszcza, że lubię czytać powieści, w których główna postać dochodzi od zera do bohatera. Lubię też powieści przygodowo – historyczne, szczególnie, kiedy są oparte na prawdziwych zdarzeniach, a główni bohaterowie są literackimi potomkami prawdziwych postaci. „Władca Barcelony” Chufo Llorènsa spełnił te dwa warunki i muszę stwierdzić, że przebił jakością nawet samego Kena Folleta – autora słynnych „Filarów ziemi” i ich kontynuacji – „Świata bez końca”.



A jeśli miałbym opowiedzieć o „Władcy Barcelony” w kilku słowach, powiedziałbym tak…




Powieść Chufo Llorènsa  to wycinek świata osadzony w średniowiecznej Barcelonie, który – patrząc z perspektywy ludzkich zachowań, knutych intryg, emocji i prawideł nim rządzących – jest zupełnie taki sam, jak dzisiejszy. I właśnie na tym polega urok tej opowieści – uniwersalne, ponadczasowe prawa rządzące światem iczłowiekiem, zakotwiczone w morzu ciekawych historycznych wydarzeń i przygód.






Główny bohater, Marti Barbany, jest wyjątkowo przedsiębiorczym człowiekiem, w ciągu dziesięciu lat buduje fortunę, jakiej niejeden mógłby mu pozazdrościć. Wyrwał się z prowincji i krok po kroku zdobywa wpływy i finanse. Ale mimo tego, że jest szczęściarzem na gruncie zawodowym, życie nie szczędzi mu razów w życiu prywatnym. Szczęśliwa, odwzajemniona miłość, nie może zostać skonsumowana z powodu ojczyma Lai – dziewczyny, do której wzdycha Marti, a którą chce poślubić jej podły opiekun. Wybucha między nimi konflikt, toczący się przez prawie dekadę. I chociaż mogłem się spodziewać, na czyją stronę rozstrzygnie się ten spór, sam jego przebieg i narastające napięcie były warte, żeby go śledzić. Oczywiście wszystko dzieje się w rozległym bagnie miejskich intryg, z których autor błyskotliwie potrafi wybrnąć. We „Władcy Barcelony” praktycznie nie ma postaci nieuwikłanej w nadworną intrygę lub waśń.



Bohaterowie narodzeni z pióra autora nadają pikanterii powieści: np. nadworny błazen hrabiny, mieszkający wcześniej w domku na drzewie gdzieś w  bezkresnych, średniowiecznych lasach ,Delfin, będący karłem i potrafiący przewidywać przyszłość sprawił, że akcja nabrała elementów baśni, lub, jak kto woli, powieści fantastycznej. Ale gdy sobie uświadomiłem, że taka postać może zaistnieć w naszym prawdziwym świecie – przecież nie można tego zupełnie wykluczyć – fabuła nabrała jakiejś bliżej nieokreślonej magii. Nie umiem opisać tego uczucia uniesienia, jaki mi podarował autor za sprawą Delfina. Taki subtelny smaczek w gratisie.



Obszerna bibliografia załączona na ostatnich kartkach powieści świadczy o gruntownym przygotowaniu faktograficznym autora do napisania „Władcy”. Niektóre zdarzenia mające miejsce w historii wydają się być niewiarygodnymi – np. incydent z fałszywymi monetami, którymi władca Sewilli zapłacił należności władcy Barcelony. Jak na to patrzeć z dzisiejszego punktu widzenia, to tak, jakby prezydent miasta A wręczył prezydentowi miasta B fałszywe kilkadziesiąt miliardów złotych. Oczywiście za taką zniewagę zostali oskarżeni… nikt inny tylko Żydzi. No tak, przecież oni zawsze są winni. To oczywiście gorzka ironia. Wracając do tematu, autor naprawdę przestudiował historię ówczesnej Barcelony, co zdecydowanie uszlachetnia dzieło.



Rozdziały nie są długie. Czy to ma jakieś znaczenie? Owszem, dla mnie ma, daje mi to większą elastyczność i swobodę czytania poza domem. W tramwaju, w autobusie, w trolejbusie czy na przystanku. A jeśli ktoś znajomy mnie spotka czytającego, zawsze mogę powiedzieć, „Czekaj, tylko do końca rozdziału dolecę” i pogadamy. Mam nadzieję, że udało mi się uzasadnić znaczenie długości rozdziałów. Po prostu nie lubię tracić wciągającego wątku.



Jedyne, co nie do końca jest dla mnie okej to fakt, że Marti, główny bohater, jest tak nieskazitelny, że aż przezroczysty. Już miałem nadzieję, że autor obnaży jego słabości kreując postać szpiega, który wysłany przez ojczyma Lai ma znaleźć na niego haki. Nie udało mu się to, bo niestety szpieg został zamordowany. Moje oczekiwania nie zostały spełnione i Marti pozostał bohaterem bez wad, dając mi w spadku poczucie niedosytu. Może to i dobrze, niech świeci przykładem, w końcu brakuje nam wzorowych autorytetów. Niedosyt jednak pozostał. Ale za to...



„Władca Barcelony” ujmuje cytatami od których wręcz się roi– mnie ujęły np.




Śmierć to zazdrość Boga, zabiera tych, których pokochał” albo Mężczyzna jest ogniem, kobieta słomą. Przychodzi diabeł i dmucha”. Jeszcze mi się spodobał cytat „Bądź cierpliwy, woda zawsze znajdzie ujście” – tak mnie jakoś poruszył. To zdumiewające, jak jedno przeczytane zdanie, sprowadzające się do kilku słów, które w pojedynkę zdają się być tylko słowami, może rezonować z sercem, powodując coraz silniejsze jego drżenie.. Oczywiście, że we Władcy Barcelony znalazłem wiele innych  inspirujących mnie cytatów, ale nie będę zabierał Ci tej przyjemności. Zapisywanie książkowych, i nie tylko książkowych, cytatów – i Ty być może o tym wiesz – to wspaniała zabawa. Zwłaszcza na długie jesienne wieczory, które powoli się do nas skradają. Tak, lato dwa tysiące czternaście powoli przechodzi do historii – niestety. Ale nie pękajmy, przed nami jeszcze wiele lat ;-).



Tak więc, biegnąc ku podsumowaniu, książkę mogę spokojnie polecić. Sześćset pięćdziesiąt stron  przygód, intryg, barwnych postaci, zarówno pozytywnych jak i negatywnych, z pewnością będzie potrafiło zapewnić rozrywkę. Ciekawe cytaty odpowiednio doprawią literacki kąsek. O walorach historycznych nie będę wspominał, b jak na powieść historyczną przystało, we Władcy Barcelony znajdziemy ich mnóstwo.



Przeglądając blogi książkowe widzę, że wystawianie ocen jest bardzo powszechne, więc dlaczego miałbym być gorszy? Moja ocena książki 8/10. Wysoka? Uważam, że tak. Być może dlatego, że literatura hiszpańska mnie inspiruje, taka magiczna mi się wydaje. Tych dwóch punktów nie postawiłem tylko dlatego, że główny bohater jest wręcz przerysowany z bajki o świecie, gdzie ludzie nie posiadają żadnych wad. Dobrze, że chociaż chciał się zemścić za śmierć swojej ukochanej i nie powiem, zrobił to całkiem sprytnie... Ok, teraz nie tracę czasu i idę zgłębiać kolejną książkę hiszpańskiego autora, Fèlixa J. Palma, a książka nosi jakże obiecujący tytuł „Mapa Czasu”, ale o tym następnym razem.



Aha, „Władcę Barcelony” zawdzięczam wydawnictwu ALBATROS A. KURYŁOWICZ 

http://www.wydawnictwoalbatros.com/
DZIĘKI;)

 

 


 

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Ścieżki Chwały. Powieść o przeznaczeniu.

„Ścieżki chwały” to powieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, gdzie marzenia, żądza sławy i tytułów, miłość, poświęcenie, rywalizacja i pasja splotły się w jednym wątku. To powieść o tym, że przed przeznaczeniem nie można uciec a przynajmniej, nie mógł uciec przed nim główny bohater historii – George Mallory.



George Mallory – nieznający strachu miłośnik przygód i wspinaczki żyje marzeniem, że pewnego dnia, jako pierwszy człowiek na świecie, zdobędzie najwyższy szczyt świata – Mount Everest. Hinks, członek Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, można powiedzieć, że mroczna postać tej historii, stara się wykorzystać zdolności i aspirację Georga i za wszelką cenę chce doprowadzić do tego, żeby to właśnie Mallory, jako pierwszy człowiek, zdobył najwyższy „Dach  Świata”. Ale Hinksa nie obchodzą marzenia Mallorego, jego tylko interesuje to, aby pierwszym człowiekiem, który zdobędzie Mount Everest był Anglik. Nie interesuje go to, że Mallory posiada rodzinę, dla której jest w stanie poświęcić swoje marzenia i na dobrą sprawę już podjął decyzję, że chce wieść spokojne życie u boku żony, że chce zająć się dziećmi. Problem Mallorego polega na tym, że jego żona, Ruth, nie chce stawać na drodze przeznaczenia męża i sama, chociaż wbrew sobie i swoim uczuciom, namawia go na wyprawę. I chociaż szczęśliwa z tego powodu nie jest, potrafi to skrzętnie ukryć. Kiedy Mallory po pierwszej nieudanej próbie zdobycia szczytu postanawia zrezygnować ze swojego marzenia, Ruth – dla szczęścia męża i Hinks – dla chwały Anglii wysyłają go do Tybetu. Malorry podejmuje drugą próbę zdobycia najwyższej góry świata.



O ile fabuła nie jest skomplikowana to smaczku jej dodaje to, że jest oparta na prawdziwych wydarzeniach. Powieść na myśl przywodzi mi ludzi, którzy podpisują milionowe kontrakty w imię nowych dokonań. Czytając ją, myślałem o marionetkach w rękach milionerów, którzy stają się milionerami właśnie za sprawą kierowanych przez siebie marionetek. Zero talentu i chęci do pracy, zamiast chęci do pracy posiadają chęć bycia sławnym dzięki osiągnięciom kierowanych przez siebie ludzi. A to, że ludzie, którymi kierują nierzadko poświęcają własne życie i zdrowie, jakoś wcale ich nie obchodzi.  W postawie Mallorego podobała mi się jego decyzja rezygnacji z drugiej próby zdobycia Everestu na rzecz rodzinnego życia. Walka, jaką musiał on stoczyć sam z sobą bez wątpienia musiała być heroiczna. Niestety los zadecydował inaczej niż chciał Mallory – los zgotowany przez Hinksa z delikatną pomocą żony Mallorego. Ale Ruth akurat chciała dobrze, wiedziała, że w głębi duszy Mallory pragnie ten szczyt zdobyć. Dlatego należy oddać jej pokłony i szacunek.



„Ścieżki chwały” dają do myślenia pod wieloma względami, ale przede wszystkim pokazują dramat człowieka posiadającego pasję, pokazują  człowieka kochającego i odważnego, który, nietuzinkowo właśnie, dowodzi odwagi rezygnując ze swoich marzeń. Niestety na daremno, przeznaczenie i tak go znajduje.



Jakby nie było, „Ścieżki chwały”, to również powieść przygodowa i momentami przypominała mi klasykę tego gatunku – powieści Juliusza Verne’ a. 



Powieść czyta się szybko i przyjemnie, jest idealna na podróż pociągiem albo inne miejsce, gdzie niesprzyjające warunki zewnętrzne nie pozwalają zagłębić się w skomplikowaną treść. Z całą stanowczością muszę stwierdzić, że słowa „Sunday Times” na temat „Ścieżek chwały”, zamieszczone na tylnej części okładki, nie są przesadą. Nie żałuję, że przeczytałem „Ścieżki Chwały”, chociaż przyznam, że spodziewałem się czegoś innego. Spodziewałem się opowieści o człowieku, który z uporem byka będzie walczył o swoje marzenia a tu pstryk, powieść raczej o przeznaczeniu, o tym, że co się odwlecze, to nie uciecze.

wtorek, 29 lipca 2014

„Ręka Fatimy” Dlaczego w szkole nie ma takich lektur?

Pierwsze, co mi przychodzi na myśl, po przeczytaniu powieści Ildefonsa Falconesa to pytanie: „Dlaczego w szkole nie ma takich lektur?” „Ręka Fatimy” to powieść o odwadze, miłości, wytrwałości i próbie zjednoczenia dwóch podobno najbardziej sobie wrogich ruchów religijnych – Islamu i Chrześcijaństwa. Takie przedsięwzięcie to piękna idea, zwłaszcza w dzisiejszych czasach – w dobie konfliktów na tle wyznaniowym, które trwają od wtedy, od kiedy człowiek ubrał Boga w słowa i symbole.




Czytając „Rękę Fatimy” nie można nie zwrócić uwagi na fakt przestudiowania przez autora szesnastowiecznych kronik* traktujących o historii Hiszpanii, zamieszkanej niegdyś przez wyznawców Mahometa. Oj! Chciałbym te materiały zgłębić, ale obawiam się, że nauka archaicznego  języka hiszpańskiego zajęłaby mi sporo czasu i kosztowałaby mnie mnóstwo wysiłku, choć – jak powiadają optymiści – nie warto przekreślać opcji, które akurat na tę chwilę wydają się niemożliwe do zrealizowania. Te kroniki naprawdę pachną obiecująco, aż chce się je zjeść. Mogą być doskonałym usprawiedliwieniem tego, co dzisiaj wyczyniają Islamiści. Oczywiście mogą – na pewno nie muszą.



Misja, jakiej podejmuje się główny bohater, jest trudna do realizacji, żeby nie powiedzieć niemożliwa.
Zjednoczenie religii chrześcijańskiej i muzułmańskiej to karkołomne zadanie, jednak spryt i postawa Ibn Hamida – bo takie drugie imię przybrał bohater powieści Hernando -  doprowadzają do… przeczytaj sam ;-)



Dlaczego w szkole „Ręka Fatimy” Ildefonso Falconesa nie istnieje w wykazie lektur?




Muszę przyznać, że powoli zakochuję się w literaturze hiszpańskiej…


Tak sobie myślę, przeglądając wykaz lektur od pierwszej gimnazjum do trzeciej liceum, że przeczytam kiedyś „Jądro ciemności” Josepha Conrada…


Dlaczego w szkole „Ręka Fatimy” Ildefonso Falconesa nie istnieje w wykazie lektur?Zadaję sobie to pytanie, nie mogąc znaleźć na nie odpowiedzi...

 

Jeśli Ildefonso Falcones na łamach swojej powieści manifestuje swoje poglądy, jeśli ich ucieleśnieniem jest połączenie dwóch najbardziej przeciwstawnych sobie religii, w takim razie ja w pełni je popieram. No bo po co komuś jakieś wojny, religijne podziały czy nienawiść?! Życie może być prostsze i - co za tym idzie - płynące na wyższym poziomie piękna i harmonii. Oczywiście są tacy, którzy z wojny robią interes życia a osobiście uważam,  że największymi wojennymi biznesmenami są władcy marionetek, pasterze owieczek, głowy największych religii, kościołów i państw. Każdy z nich jest święty i zarazem przewrażliwiony na punkcie własnych zbrodni.

 

„Ręka Fatimy”, oprócz tego, że zachęca do współżycia i korelacji bez względu na bariery religijne, opowiada barwną historię Hernanda, wplecioną w dzieje renesansowej Hiszpanii. Hernando - będący wyznawcą Koranu - uwikłany w  konflikt muzułmańsko – chrześcijański jest symbolem wytrwałości i wierności ideałom. Jest symbolem człowieka z poczuciem misji, dla spełnienia której jest w stanie wyrzec się wszystkiego, nawet miłości swojego życia.  Działa w muzułmańskim ruchu oporu – tak na własne potrzeby nazwałem jego działalność, nie mogąc znaleźć dla tego, co robi, lepszego określenia. Konspiracja i rozdarcie pomiędzy dwie kultury i religie, pomiędzy dwie kobiety, to jego chleb powszedni.


  
Dzięki Ildefonso Falconesowi po raz pierwszy spojrzałem na zbrojny muzułmańsko – chrześcijański konflikt z zupełnie innego punktu widzenia. Z punktu widzenia muzułmanina. Nie tylko chrześcijanin ma prawo czuć się pokrzywdzony.



Dlaczego „Ręka Fatimy” powinna być lekturą szkolną?




  •          Przede wszystkim jest ciekawa, barwna i lekko się ją czyta
  •         Rzuca światło na konflikt muzłumańsko – chrześcijański z zupełnie innej perspektywy
  •         Opowiada o miłości, wytrwałości i poświęceniu
  •     Akcja jest w pleciona w ciekawą i , co najważniejsze prawdziwą historię muzułmańskiego  powstania w Hiszpanii w szesnastym wieku
  •          Pokazuje bezsens wojen religijnych
  •          Jest zajebista;-)

*Luis del Mármol Carvajal,  Diego Hurtado de Mendoza